Muzyczny Pamiętnik
Blog > Komentarze do wpisu

Kaszëbë: 23-27.07.2017. Muzyczne wakacje.

W dniach 23-27 lipca tego roku wraz z Mężem wybraliśmy się do przepięknej krainy zwanej Kaszubami w ramach poszukiwań estetycznych - tak dla oczu, jak i dla uszu. Wyjazd ten powiązany był z odbywającym się już po raz dziewiętnasty w Sulęczynie Festiwalem "Jazz w lesie", dotychczas ściśle związanym z osobą Jarka Śmietany. Ja osobiście na Kaszuby ruszałam z ogromną radością z kilku powodów: tak Kaszuby, jak i Trójmiasto stanowią największy obszar zamieszkany przez najważniejszych dla mnie Muzyków, a na scenie Leśnego Dworu miał wystąpić bardzo oczekiwany przeze mnie zespół Janusza Mackiewicza - Elec - Tri - City. 

Pierwszy dzień naszego pobytu w Sulęczynie spędziliśmy dość leniwie, drugiego jednak dnia od rana wyruszyliśmy do cudownej miejscowości, kojarzącej się z postacią Ola Walickiego - Wdzydze. Położony w niej skansen totalnie nas oczarował, a uroków wycieczce dodało przypadkowe spotkanie i zapoznanie się z polsko - kanadyjskimi Kaszubami tworzącymi zespół Ludowa Nuta. Poruszając się po Wdzydzach wraz z zespołem byliśmy świadkami kilku przystanków grupy, podczas których następowały spontaniczne, pełen energii występy, a na pamiątkę otrzymałam nawet od jednego z panów przypinkę z kanadyjską flagą.

Trzeciego dnia, przed rozpoczęciem Festiwalu, udaliśmy się do pobliskiego Szymbarku - miejscowości, w której można zobaczyć na przykład najdłuższą deskę, największy grający fortepian na świecie czy dom do góry nogami. Podczas zwiedzania trafiliśmy na wspaniałego przewodnika, który w bardzo ciekawy sposób opowiedział między innymi skąd wzięli się polscy Kaszubi w Kanadzie, oprowadził nas po bunkrach oraz wielu innych ciekawych miejscach, będąc prawdziwą, żywą skarbnicą wiedzy na temat regionu. Po powrocie wyruszyliśmy do Leśnego Dworu na rozpoczynający się właśnie Festiwal. Festiwal, podczas którego można spotkać wielu wspaniałych Muzyków na tak niewielkim terenie... Tego dnia występowali: Irek Wojtczak ze swoim kwartetem: Kamilem Paterem, Adamem Żuchowskim i Kubą Staruszkiewiczem (tak! TYM Kubą, którego możemy podziwiać na płycie Ola Walickiego "Kot (czyt też kotka?)" oraz "Kaszëbë") z programem z najnowszej płyty - "The Bees' Knees", Elec-Tri - City Janusza Mackiewicza (Janusz Mackiewicz, Marcin Wądołowski, Dominik Bukowski, Grzegorz Sycz) oraz AMC Trio z Markiem Whitfieldem - "Music from Beyond". Niestety, pewne nieprzyjemności związane z organizacją festiwalu oraz nieporozumienia z ochroną spowodowały, że z pierwszego koncertu - grupy Irka Wojtczaka - niewiele pamiętam. Szczerze przyznam, że po prostu nie potrafiłam oderwać się od analizowania nieprzyjemnych sytuacji, przez co muzyka - z pewnością wspaniała, skoro grana w takim składzie - całkowicie mi umknęła. Na szczęście z momentem wkroczenia na scenę najwspanialszego składu, dla którego właśnie wyruszyłam do Sulęczyna: Elec - Tri - City, całkowicie oddałam się cudownej Muzyce, zapominając o wszystkim dookoła! Koncert był tak wspaniały, tak niezwykły, że wręcz nie do opisania - chcąc jednak choć trochę oddać to, czym uraczyli nas Panowie, w moim poprzednim wpisie zawarłam kilka słów dotyczących tego wspaniałego występu.

Po nieziemskich wyładowaniach atmosferycznych, jakie zaprezentowała grupa Janusza Mackiewicza, na scenie pojawił się Mark Whitfield z AMC Trio. Maruda ze mnie niesamowita, ale nawet siedząc w pierwszym rzędzie, zaraz pod sceną, nie potrafiłam znów skupić się na koncercie... Bywamy z Mężem na wielu festiwalach, również plenerowych, tu jednak zaskoczyła nas niepełnoletnia młodzież ze szklanymi butelkami w rękach, głośno śmiejąca się i dyskutująca pod sceną, uniemożliwiająca prawidłowy odbiór Muzyki, a niekiedy "raczkująca" tuż pod sceną z braku możliwości poruszania się na dwóch nogach... Być może nie byłabym tak krytyczna pod tym względem, gdyby nie fakt, że to właśnie nas ochrona postanowiła przeszukać BARDZO drobiazgowo (mimo, iż - chcąc po prostu cieszyć się muzyką, a nie upijać pod sceną, wnosiliśmy na teren festiwalu jedynie kilka płyt CD oraz wodę mineralną...), nie zwracając uwagi na to, co dzieje się tuż pod sceną... Nie lubię jednak zrzędzić ani pisać o sprawach nieprzyjemnych, dlatego skupmy się na tym, jak ogromną radością było dla mnie poznać wreszcie na żywo "Macka" oraz Marcina Wądołowskiego, których muzyką od tak dawna się zachwycam - coś niesamowitego! Obydwoje w dodatku, oprócz tego, że są naprawdę świetnymi Muzykami (aż ciarki przechodzą!), udowodnili, że są również fantastycznymi ludźmi! To właśnie tego dnia stwierdziłam, że nie ważne, na jakim jestem festiwalu - ważne, że są ONI i to właśnie za tym składem zamierzam podążać, w oderwaniu od reszty.

Kolejny dzień na Kaszubach, drugi i ostatni dzień Jazzu w Lesie, przyniósł nam również spotkanie z innymi podziwianymi i bardzo szanowanymi przeze mnie Muzykami, w najróżniejszych miejscach tego regionu... :). Naładowana pozytywną energią ruszyłam więc do Leśnego Dworu, gdzie tego dnia odbyły się dwa koncerty: świetnego składu Kent Sangster's -  "OBSESSIONS  OCTET" oraz koncert promujący płytę Adama Czerwińskiego: "Friends - Music Of Jarek Śmietana". Podczas drugiego z koncertów na scenie pojawiały się takie znakomitości jak Jan "Ptaszyn" Wróblewski, Wojtek Karolak, Zbigniew Namysłowski, Maciej Sikała czy Robert Majewski, a za gitarą stanął Muzyk, który poprzedniego dnia swoim sposobem gry całkowicie zdobył moje serce - Marcin Wądołowski. Tym razem, w przeciwieństwie do dnia poprzedniego, Marcin stanął z gitarą jazzową, biorąc na siebie ogromny ciężar jedynego gitarzysty w składzie grającym utwory skomponowane niegdyś przez Jarka Śmietanę i pokazując raz jeszcze ogrom i szeroki wachlarz swoich umiejętności. Brawo Marcin! Sulęczyno i cały ten "Jazz w lesie"  w moich wspomnieniach zapisze się właśnie pod pięknym znakiem gitary Wądołowskiego oraz wspaniałego basu Janusza Mackiewicza, który to również pojawił się na scenie podczas tego koncertu (!!!). Jednym z najlepszych fragmentów tego dnia był piękny występ Alicji Śmietany oraz Hendrix'owskie "Little Wing" grane właśnie z przepięknym basem "Macka", Hammondami Karolaka i gitarą Marcina Wądołowskiego, która naprawdę miała co robić tego wieczoru (jak i zresztą poprzedniego).

Podsumowując pięciodniowy pobyt na pięknych Kaszubach - z całą pewnością wróciliśmy z nich bogatsi o niezapomniane widoki, wiedzę na temat tego niezwykłego regionu oraz wspaniałe doznania muzyczne, głównie kojarzące mi się z nazwiskami Marcina Wądołowskiego, Janusza Mackiewicza, całego składu Elec - Tri - City i ... Macieja Sikały, którego również mogłabym słuchać bez końca. Szkoda mi bardzo koncertu kwartetu Irka Wojtczaka, który z pewnością był wspaniały, z tak świetną sekcją rytmiczną... mam jednak nadzieję, że uda mi się posłuchać ich kiedyś w innych warunkach. A zdjęć z koncertów - niestety - nie jestem w stanie zamieścić. Po prostu scenę przysłaniał nam tłum fotografów. Będąc we Wdzydzach i podziwiając piękne wielkoformatowe fotografie z lat 1971- 1973 (!!!) zaczęłam się nawet zastanawiać jak to jest, że kiedyś ludzie nie dysponujący przecież super nowoczesnymi aparatami fotograficznymi potrafili wykonać tak świetne zdjęcia, czyniąc to w dodatku w kulturalny, dyskretny sposób. Dziś natomiast podczas koncertów sceny często oblegane są przez fotografów z drogim sprzętem i wielkimi obiektywami. I robią sobie te zdjęcia przez cały koncert, sami nie czerpiąc najwyraźniej przyjemności z Muzyki i niekiedy dodatkowo odbierając ją innym.

Na koniec raz jeszcze ogromny ukłon dla całego składu Elec - Tri - City, który potrafił dać prawdziwego kopa, oderwać od rzeczywistości i po prostu sprawić nagle, ze wszystko stało się piękne :)

Marta Ratajczak

poniedziałek, 28 lipca 2014, ratajczakmartam

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: